http://krzysztofruchniewicz.eu/ Nie rozumiem takiego pytania? Kategorie: Film Michaela Majerskiego pt. Oberschlesien. Tu, gdzie się spotkaliśmy…

Okazją były zajęcia ze studentami programu Erasmus. Obraz ten z pewnością nie pozostawia widza obojętnym. W życiorysie reżysera Michaela Majerskiego jak w soczewce skupiają się losy przeciętnego mieszkańca Śląska. Urodził się w 1948 r. w Polanicy Zdroju, matka była Niemką, ojciec Polakiem. Dzieciństwo spędził w Gliwicach. Skończył łódzką filmówkę, potem został tam wykładowcą. Do jego mistrzów należeli Krzysztof Kieślowski, Andrzej Tarkowski i Luc Bondy. W 1978 r. wyemigrował z rodziną do Niemiec, otrzymał niemieckie obywatelstwo (tzw. Spätaussiedler). Dzielił los tysięcy osób, które tułały się po różnych obozach przejściowych. Doświadczenie to będzie miało wpływ na jego dalszą twórczość. Majerski osiadł wreszcie w Berlinie Zachodnim, utworzył tam firmę producencką. Jest autorem kilku filmów dokumentalnych. Podejmuje w nich problemy związane z II wojną światową. Interesuje go szczególnie wpływ wojny na losy pojedynczych osób. W centrum zainteresowania są Polacy i Niemcy. Wykorzystuje przy tym zderzenie generacji. Do głosu dochodzą i świadkowie wydarzeń, i generacja ich wnuków. Dużą uwagę przykłada reżyser do zgrania różnych elementów wyrazu artystycznego w jedną całość, przy czym światło i muzyka stanowią ważną oprawę obok wypowiedzi świadków, prezentacji dokumentów i in.

Film „Oberschlesien, tu gdzie się spotkaliśmy” jest ostatnią pracą reżysera. W skrócie opowiada historię krainy, która jego zdaniem już nie istnieje.Katastrofalnym przełomem w jej dziejach była II wojna światowa i włączenie Górnego Śląska w granice państwa polskiego. Polityka polonizacyjna w pierwszych latach powojennych mocno wpłynęła na zniszczenie istniejącej dotąd tkanki kulturowej, zamieszkałych tam ludzi zmuszono – podobnie jak to wcześniej czynili Niemcy w okresie II wojny – do opowiedzenia się za Polską lub Niemcami. Pozostawione przez nich dziedzictwo uległo destrukcji, wielu zmuszono do emigracji, zaczęto budować podstawy nowego społeczeństwa i nowej tradycji. W tej atmosferze zaniku, wyparcia Majerski stawia pytania i tym, którzy z różnych powodów pozostali w regionie, i tym, którzy przybyli na Górny Śląsk po 1945 r. Jednak ich losy, jak pokazuje reżyser, są także skomplikowane. Część przybyłych osób z Kresów Wschodnich przywiozła w bagażu własną traumę, którą przez lata nie pozwalała im prowadzić normalnego życia. Relacje świadków, Niemców, potomków pierwszych osadników, Schlesierów, Ślązaków, konfrontuje Majerski z wypowiedziami młodego pokolenia. Z kamerą prowadzi nas do salki prób jednego z zespołów rockowych, widz staje się też świadkiem lekcji szkolnej. Wypowiedzi młodych ludzi są zaskakujące. Choć życzyliby sobie więcej zajęć z dziejów regionu, zaznaczają, że jednoznaczny podział na Polaków i Niemców dzisiaj nie odgrywa dla nich większej roli. W żadnej wypowiedzi nie spotkaliśmy się z odrzuceniem tradycji kulturowej, w wręcz odwrotnie. Jesteśmy świadkami dużej ciekawości, chęci poznania nieznanych kart z dziejów Górnego Śląska. W filmie pada sporo gorzkich słów, można wysłuchać licznych skarg. Wrażenie upadku, odejścia pewnej epoki pogłębiają obrazy rozbiórki budynków pokopalnianych. Jest jednak promyczek nadziei, który przewija się przez cały film. To młodzi tancerze, którzy w ekspresyjny sposób wyrażają swe uczucia strachu, radości, zadowolenia. Jedna z ostatnich scen z ich udziałem pokazuje młodych ludzi, jak zgodnie wykonują różne figury taneczne. Może to jest też przyszłość tej krainy? Może czas zastanowić się nad zmianą opowieści o jej dziejach? A może rozwiązaniem nie będzie rozpatrywanie jej losów jedynie przez pryzmat rywalizacji państwowej, czy narodowej, lecz traktowanie tej materii jako przestrzeni kulturowej, gdzie przecinają się i różne losy, i różne historie? Za znamienną może uchodzić wypowiedź jednej z bohaterek, która na ponawiane pytanie reżysera, czy czuje się Polką czy Niemką, odpowiedziała, że nie rozumie takiego pytania.

http://www.polskatimes.pl/tag/michael-majerski.html

Wywiad 1 : „Gazeta Wyborcza“ Katowice nr 238, wydanie z dnia 11/10/2013 Gazeta Katowice, str. 6

MOJE FILMY MAJĄ KRZYCZEĆ O ŚLĄSKU ROZMAWIAŁ JÓZEF KRZYKJÓZEF KRZYK Michael, a właściwie Michał Majerski, reżyser od końca lat siedemdziesiątych pracujący w Niemczech, Ślązak mieszkający w Berlinie i Szczecinie, absolwent łódzkiej „Filmówki”, dał się poznać jako specjalista od tematów, które inni omijają szerokim łukiem. W „Kraju mojej matki” i „Domu mojego ojca” opowiedział o Polakach, którzy po II wojnie światowej zasiedlali Pomorze Zachodnie, bo zostali wyrzuceni przez Stalina ze swojej małej ojczyzny, i Niemcach, którzy musieli poszukać sobie innego miejsca do życia. A także o Niemkach, które mimo wszystko odważyły się zostać między obcymi sobie sąsiadami. Majerski nie pouczał i nie moralizował, ale dokumentował dramat jednych i drugich, wykorzenionych i zagubionych w obcym sobie świecie. Majerskiemu udało się namówić do zwierzeń ludzi, którzy milczeli przez dziesięciolecia. Podobnej sztuki dokonał też w swoich śląskich dokumentach zrealizowanym trzy lata temu obrazie „Oberschlesien, kołocz na droga” i pokazanym w tych dniach po raz pierwszy w Chorzowie (chwała Krzysztofowi Karwatowi, że w ramach cyklu „Górny Śląsk świat najmniejszy” podjął się prezentacji tego dzieła w gościnnych murach Teatru Rozrywki) filmie „Oberschlesien, tu gdzie się spotkaliśmy”. Uwaga, katastrofa! O ile poprzedni film był swego rodzaju nostalgiczną podróżą po Śląsku okraszoną rozmowami z ludźmi, którzy stąd wyjechali i budują swój nowy Śląsk nad Renem, to nowy film Majerskiego, owoc dwuletniej pracy, jest wołaniem o to, żeby Śląsk ratować przed nadciągającą katastrofą. Wołaniem podkreślonym przez zdjęcia przewracanego kopalnianego szybu i martwego krajobrazu. Majerski pokazał Śląsk, jakiego nikt z tych, którzy sami na nim mieszkają, nie chce widzieć. Sfilmował świat rozsypujących się ze starości i zaniedbanych familoków zasiedlonych przez biednych ludzi. Jedyne w miarę dobrze prezentujące się miejsce nowo wybudowane rondo w pewnym miasteczku służy zaś za tło do ponurej opowieści. Płytko pod ziemią zalegają tu kości młodych Niemców, licealistów, którym jakiś idiota kazał założyć wojskowe mundury i posłał bez broni wprost pod karabiny wkraczających czerwonoarmistów. W śląskim miasteczku, gdzie to się stało, wielu o tym wie, ale boleje nad tym – pokazał go Majerski – tylko mieszkający tu dopiero od powojnia nie Ślązak. On sam przeżył coś podobnego, bo ciało jego dziadka ubecy zakopali gdzieś w Mielcu na wysypisku śmieci. Równie smutna jest też scena, w której kamera odwiedza teren dawnego obozu NKWD w Toszku, zamienionego niedawno w skład węgla. Ludzie, których bliscy zostali tu zamęczeni, nie mogą nawet złożyć kwiatów, bo nie przepuszczono ich przez bramę. Spadkobiercy nienawiści Ale film Majerskiego nie jest rozliczaniem śląskich krzywd, choć wielu pokazanych w nim ludzi o swoich krzywdach mówi. Majerskiemu zależało bardziej na pokazaniu tego, jak mało nawzajem o sobie wiedzą mieszkający na Śląsku ludzie. To, że żyją w oddzielnych światach, jest zdaniem reżysera jednym z głównych powodów pogłębiającej się śląskiej katastrofy. To nie brak pieniędzy, ale brak dobrej woli powoduje, że Śląsk nie przypomina Zagłębia Ruhry. Majerski otwiera swój film mottem ostrzeżeniem, że jesteśmy spadkobiercami nienawiści. Nieświadomie potwierdzają jego słowa niektórzy z bohaterów filmu. W ponad 60 lat po wojnie wciąż żyją na walizkach i roztrząsają tragedie swych dawno nieżyjących rodziców i dziadków. I zdaniem Majerskiego przekazują swoją Traumę następnym pokoleniom. Politycy, teraz wy Dokumentalista uważa, że wyjście z tego zaklętego koła będzie możliwe tylko przez zbliżenie wszystkich mieszkających na Śląsku społeczności i gruntowne zmiany w edukacji. Pierwszej lekcji udzielił sam w trakcie pracy nad filmem uczniowie Liceum Słowackiego w Chorzowie dowiedzieli się od niego, że ich szkoła miała kiedyś innego patrona. Ten film mówił to sam Majerski jest właśnie dla młodych ludzi, żeby im otworzyć oczy na otaczający ich świat. Dobrze by było, żeby „Oberschlesien” obejrzeli też politycy. Bo Majerski, choć sam stroni od politykowania, dotknął rzeczywistości, która się nie zmieni, jeśli politycy nadal będą ją ignorować. Szkoda tylko, że na razie nie wiadomo, gdzie i kiedy film można będzie zobaczyć ponownie.

 

Michaelem Majerskim JÓZEF KRZYK: Dlaczego pokazał pan Śląsk w tak ponurych barwach? Rzeczywiście tacy jesteśmy? MICHAEL MAJERSKI: To tylko kostium, który wynika z tematu, który poruszyłem w filmie i ludzi, których spotkałem. Gdy zacząłem kręcić, nie miałem żadnego gotowego scenariusza, nie wiedziałem, w jaką stronę pójdę. Gdybym spotkał innych ludzi, pokazałbym też kawałek innego Śląska. Czasami miałem wrażenie, że to jest film o ostatnich Ślązakach. To o tym chciał pan kręcić? Mój film jest krzykiem, bo mam bardzo emocjonalny stosunek do spraw śląskich. Przecież stąd pochodzę i widzę, że giną ślady naszej kultury. Być może to jest naturalna kolej rzeczy, ale tym niemniej to boli. Nie przestał pan czuć się Ślązakiem, choć od ponad 30 lat mieszka poza Śląskiem? Urodziłem się w PolanicyZdroju, gdzie z nakazem pracy przyjechała moja mama i poznała się z moim ojcem, ale wychowywałem się w Gliwicach. Mieszkałem w tym kawałku miasta, który nazywano „trójkątem bermudzkim”. To tereny, gdzie teraz wszystko się wali ulice Czesława, Franciszkańska. W Gliwicach jest dużo ładniejszych miejsc. Nie można tam było kręcić filmu? Sypiące się familoki też są nie tylko w moim „trójkącie bermudzkim”. Kręcąc film, nie myślałem o tym, czy jestem właśnie w Gliwicach, Bytomiu czy Zabrzu. Walący się przez szkody górnicze Bytom to jest dramat w skali światowej. Moim marzeniem jest zrobić o tym upadku Bytomia operę. Bo upadł przemysł i to, co kiedyś było błogosławieństwem Śląska, stało się jego przekleństwem? Takiej koncentracji starego przemysłu jak na Śląsku nie ma nigdzie w Polsce i trzeba ten przemysł kompletnie zrewitalizować. Śląsk sam sobie z tym nie poradzi. Ślązacy też sami sobie z tym nie dadzą rady. Więc co, pana zdaniem, trzeba zrobić? Na początek, gdyby nie było takiej fobii niemieckiej, można by wsiąść do pociągu i po kilku godzinach zobaczyć, jak sobie z tym samym problemem poradzono w Zagłębiu Ruhry. Żartuje pan? Tam wydano miliardy, których w Polsce nie ma skąd wziąć. To nie brak pieniędzy jest przeszkodą, ale brak pomysłu i brak decyzji. Jeśli ktoś usprawiedliwia się brakiem pieniędzy, to ja w to nie wierzę. Najpierw trzeba być przekonanym do jakiejś sprawy, trzeba samemu się zorganizować, a pieniądze się znajdą. Nawet w takich ruinach, jakie pan pokazał, da się coś zrobić? Gdyby tu, na Śląsku, były galerie sztuki, inwestorzy by szybko weszli z kapitałem, bo znaleźliby jakiś punkt oparcia w ludziach, którzy potrafią myśleć szerzej i patrzeć dalej niż tylko na załatwiania bieżących potrzeb. Kto to ma zrobić, skoro pokazani w filmie ludzie, nawet tacy, którzy mieszkają na Śląsku od dawna, wciąż czują się na nim obco? Nie chciałbym być źle zrozumiany, ale nasuwa mi się porównanie do ziomkostw niemieckich. Ludzie tam zrzeszeni też często żyją tylko tym, co było, zamiast spróbować zastanowić się nad znalezieniem sposobu na to, jak żyć dzisiaj. Ja tych ludzi rozumiem, bo pogrążeni są w swoich traumach i nikt im nie pomaga. Jest takie powiedzenie, że żaden człowiek sam siebie za włosy z bagna nie wyciągnie. Polscy kresowiacy są zbyt hermetyczni. Zastanawiam się, dlaczego pani Danuta Skalska z Bytomia nie mogłaby usiąść przy jednym stole z Eriką Steinbach i porozmawiać o rozwiązywaniu śląskich kłopotów. Może dlatego, że każda z nich chciałaby tylko mówić, a nie słuchać? Wiem, czym takie spotkanie grozi, ale mimo wszystko warto spróbować. To lepsze niż ciągłe biadolenie. Reszta Polski niechętnie dziś słucha takiego śląskiego biadolenia. Jak ich przekonać do zmiany postawy? Tu nie chodzi o roszczeniową postawę. Jeżdżąc po Polsce, widzę gigantyczną administrację w Warszawie i bogate dacze na Mazurach. Reszta Polski powinna poczuć się współodpowiedzialna za śląską biedę. Jest pan za autonomią? Niech to się nazywa obojętnie jak, ale decydenci powinni uznać, że ten region jest zupełnie inny niż wszystkie inne i nie można próbować zajmować się nim tak jak teraz, bo to nie działa. Nie mam żadnych gotowych recept, ale wiem, że rdzennych Ślązaków jest za mało, aby dali radę wyciągnąć samodzielnie Śląsk z dzisiejszego załamania. Śląsk zawsze był wielokulturowy, niech on będzie nadal taki. Marzę o tym, że kiedyś nadejdzie ten moment, że pani Skalska i inni kresowiacy będą o sobie mówili: jesteśmy Ślązakami, jesteśmy wieloetnicznymi i różnojęzycznymi Ślązakami, ale Śląsk jest naszą małą ojczyzną, za którą czujemy się współodpowiedzialni i której los leży nam na sercu. Jest pan fantastą. Od czegoś trzeba zacząć, mnie już dzięki temu filmowi coś udało się ruszyć. Po tym, jak pojechałem z kamerą do Toszka, by pokazać, co się dzieje na miejscu dawnego obozu NKWD, zaczyna tam przyjeżdżać biskup i odprawiać msze. Dostałem też zaproszenie do szkół, w których kręciłem zdjęcia. ROZMAWIAŁ JÓZEF KRZYK [autor fot./rys] GRZEGORZ CELEJEWSKI

Wywiad 2 „Jaskółka Śląska”/ „Slonsko Szwalbka” numer 11/2013 , naklad 21000 egz.

Jesteśmy spadkobiercami nienawiści Wywiad z Michałem Majerskim – filmowcem, reżyserem filmów „Oberschlesien – kołocz na droga” i najnowszego, uhonorowanego główną nagrodą w unijnym konkursie European Media Awards w Wiedniu – „Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy” rozmawia Monika Kassner Co spowodowało, że zaczął Pan kręcić filmy o Śląsku? Filmy dokumentalne kręcę od niedawna, od 2005 r. Do tej pory pracowałem w telewizji niemieckiej i robiłem publicystykę z terenu Polski. Dopiero teraz na emeryturze zacząłem zastanawiać się nad swoją przeszłością i korzeniami. Wydawało mi się, że poprzez film łatwo uzyskam odpowiedzi na pytania o swoją tożsamość, o miejsce, z którego pochodzę. W domu nigdy o tym nie rozmawialiśmy. A skąd Pan pochodzi? Wychowałem się w Gliwicach w tzw. Trójkącie Bermudzkim. Później przeprowadziliśmy się do Katowic. Górny Śląsk odegrał w moim życiu decydującą rolę, ponieważ właśnie tutaj zaczęło się moje życie. O Śląsku, o mojej rodzinie, nie rozmawiałem z nikim, bo nie odczuwałem takiej potrzeby ani nie wiedziałem, o co pytać. Pochodzę z rodziny mieszanej – ojciec Polak, matka – Ślązaczka o korzeniach niemieckich. W szkole uczyliśmy się po polsku, historii Polski i było oczywiste, że jestem Polakiem i patriotą. Nie mogło być inaczej. To zainteresowanie Śląskiem i pograniczem polsko-niemieckim przyszło później, gdy zrobiłem dwa filmy dokumentalne na Pomorzu. Dzięki nim zrozumiałem tematykę śląską. To znaczy? Powiedziałem sobie: „Jesteś Ślązakiem, a tematu Śląska do tej pory skrzętnie unikałeś ”. Czas dojrzał i zrobiłem dwa filmy. Zacząłem się też określać poprzez przestrzeń tego wielokulturowego pogranicza – niemiecko- polsko-śląskiego. Ta praca zaczęła mnie fascynować i wciągać coraz głębiej, czego dowodem jest mój ostatni film „Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy”, który jest inny od reszty, gdyż rozmowy z ludźmi o ich przeszłości zastąpiłem atakowaniem pytaniami. Ponadto wprowadziłem do fabuły także dynamiczne elementy inscenizacji – taniec i muzykę protestu . Osobiście odebrałam ten film jako opowieść o zerwanych więzach międzypokoleniowych i o wspólnocie, która próbuje się odbudować na zgliszczach tego, co pozostało. Czy Pan, tworząc ten dokument, miał podobne odczucia? Dla mnie ten film jest przede wszystkim atakiem. Mieszkam poza Śląskiem i widzę więcej, dlatego próbuję atakować sytuację braku istnienia kontaktów społecznych. Motto tego obrazu brzmi: „Jesteśmy spadkobiercami nienawiści”, ponieważ tutaj nie ma dialogu. Ludzie przyjezdni nie czują się związani z tą ziemią, historią rodzin tu założonych, to przerwane biografie, a także brak kontaktu między kolejnymi generacjami. Jesteśmy rozdzieleni nienawiścią czasów powojennych, wzrastaliśmy w niej. Ideologia komunistyczna potrzebowała wrogów – Niemców, Ślązaków i innych. Chcę zaatakować, bo dziś brakuje wspólnej rozmowy i koncepcji na przyszłość. Poprzez ten film pragnę pokazać, jak wielka jest potrzeba rozmawiania i chrześcijańskiego wybaczenia. Musimy pozbyć się wzajemnych pretensji i zastanowić się, gdzie żyjemy – na Śląsku, który jako kraina wielu kultur, zawsze był pomostem między Wschodem a Zachodem i dalej tak jest. Jesteśmy wielojęzyczni, wielokulturowi. Różnica między teraz a kiedyś jest taka, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, a to dlatego, iż miejsce Niemców zajęli Polacy. Tutaj na Górnym Śląsku od zawsze współistniało kilka kultur i nikomu to nie przeszkadzało. W jednej ze scen filmu dość ostro zaatakował Pan dyrektora Biblioteki Śląskiej, kiedy mówił o idei sadzenia drzewek twórców kultury uniwersalnej, wymieniając Kochanowskiego, Chopina. Wspomniał Pan wtedy o braku artystów rodzimych, których dorobek jest przecież nieodłącznym elementem tej właśnie kultury. Osoby, które poprosiłem do udziału w filmie są jedynie reprezentantami jakichś poglądów i środowisk – np. Kresowiaków, inteligencji postkomunistycznej itd. Mówiąc o kulturze uniwersalnej, jest dla mnie oczywiste, że Eichendorf i Goethe są jej przedstawicielami. I tę część kultury, także Górnego Śląska, z jakichś względów się tutaj blokuje. Jeśli ktoś jest zainteresowany pokazywaniem kultury uniwersalnej poprzez sadzenie tylko niektórych drzewek, nie jest to żadne uniwersum. Ale wróćmy do dialogu, o którego braku wspomniał Pan wcześniej. Czego zatem potrzebujemy, żeby usiąść przy stole i poprowadzić rozmowę bez niepotrzebnych emocji? Tym właśnie filmem chciałem sprowokować do dyskusji. A o ile wiem, jest to jedyny film od zakończenia wojny, który powstał na ten temat. Rozumiem, że nie każdy może się zgadzać z przestawionymi w nim tezami, ale film prowokuje. Jeżeli nie zaczniemy o tym, co nas wszystkich spotkało, rozmawiać bez emocji, nie ustaną kłótnie ani wzajemna szarpanina. A któż chciałby inwestować w takiej chorej, straumatyzowanej przestrzeni? Nikt nie będzie zostawiać tu swoich pieniędzy. Chorej przestrzeni każdy będzie unikał. Ślązacy chcą rozmowy. Ale wmawia się nam, że nasze krzywdy są mniej ważne od krzywd Polaków albo że tych krzywd wcale nie było. Taka postawa rodzi frustrację. Ja to widzę inaczej. Obie strony mają swoją tragedię – mniejszą czy większą. I na tym sprawa się kończy. Kresowiacy też przeszli traumę. Także wyrzucono ich ze swoich domów, wysiadali tutaj i nikt ich nie pytał, czy im się to podoba czy nie. Potem jednych stawiano (szczuto) przeciw drugim. To jest konsekwencja długiego okresu powojennego, którego wypadkową jest strach. Strach, jaki pojawił się przy okazji nagrywania, ale także i projekcji tego filmu. Ludzie dalej się boją. Właśnie. Czy tutaj na Górnym Śląsku gdzieś jeszcze oprócz Chorzowa Pański film był emitowany? Tylko raz, w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu, przy okazji uroczystości związanej ze śmiercią pani Rity Dubas (jednej z bohaterek filmu, przyp. red.). Jedyna w pełni przygotowana emisja tego filmu miała miejsce w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, za co organizatorom serdecznie dziękuję. Jestem jednak dobrej myśli, ponieważ moich filmów nie da się już zepchnąć na margines, bowiem pokazuję tematy niezwykle istotne dla górnośląskiej przestrzeni. „Oberschlesien – kołocz na droga” obejrzało około 150 tys. ludzi. Zaś „Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy” zdobył prestiżową nagrodę Unii Europejskiej. Jest to mój osobisty sukces, ponieważ mały, śląski, offowy film zostawił w tyle duże produkcje europejskie. Czym kierowało się jury, przyznając Pańskiej produkcji główną nagrodę? Sam byłem ciekaw. Film zrodził żywe dyskusje, ponieważ nie był oczywisty, poza tym żaden z członków jury nie miał wcześniej do czynienia z tym tematem. Po długich konsultacjach historycznych postanowiono go wyróżnić główną nagrodą, ponieważ dotyka nowych kwestii, przed których rozwiązaniem w Europie stajemy. Chodzi o zalew państw starego kontynentu przez imigrantów z Afryki i krajów arabskich, brak chęci dostosowania się do nowej rzeczywistości i w rezultacie zepchnięcie kultur europejskich na boczny tor. Film ten pokazuje, że należy bronić starych rodzimych kultur, a także wskazuje, w jaki sposób to robić. My tutaj na Śląsku możemy być prekursorami w tym temacie na skalę europejską, ponieważ nikt do tej pory tych kwestii nie poruszył wprost. Wszyscy unikają tego tematu jak ognia, żeby nie być posądzonym o rewizjonizm czy niepoprawność polityczną. Mówienie o sprawach starych kultur europejskich jest zasadne właśnie tutaj, ponieważ po wojnie nie udało się władzom wszystkich stąd wyrzucić. Poza tym Kresowiacy już nie są repatriantami. Zaczęto także o nich mówić, co oczywiście jest całkowicie uzasadnione, jako o wypędzonych. Dlatego ci Ślązacy i Kresowiacy kłują w oczy, bo okazało się, że Górny Śląsk nie jest terenem homogenicznym i dla wielu jest to zbyt twardy orzech do zgryzienia. Wracając do filmu. Czy oprócz Chorzowa uda się go na Górnym Śląsku jeszcze zobaczyć? Z tego, co mi wiadomo „Silesia Film” ma go pokazywać. Dziękuję za rozmowę. Krytyki prasowe: Michał Majerski należy do najwybitniejszych współczesnych dokumentalistów filmowych szeroko rozumianego pogranicza polsko-niemieckiego. Na poważnie swoją przygodę filmową zaczął dopiero od 2005 roku od trylogii poświęconej tematyce przesiedleń podczas drugiej wojny światowej. Wpierw przemówiły Niemki, które pozostały na polskim Pomorzu po 1945 roku. Pod koniec wojny miały po około dwadzieścia lat. Potem zabrali głos mężczyźni – Polacy i Niemcy, świadkowie i ofiary przesiedleń. Pod koniec wojny byli jeszcze dziećmi. Ostatni odcinek trylogii, to świadectwo niemieckiego Żyda, któremu udało się przeżyć holocaust. Po latach wraca na stare śmieci, teraz na polskiej już Warmii, i konfrontuje obrazy z przeszłości i współczesności. Dla mnie zwłaszcza „Kraj mojej matki”, dziś już nie do nakręcenia, gdyż świadkowie odeszli, to film mistrzowski. Kobiety Majerskiego mówią rzeczy straszne i piękne – spectrum sięga od gwałtów do miłości. Wchodzą z nim w rozbrajająco szczerą rozmowę i pewnie dlatego, czego by nie mówiły, słuchamy ich z zapartym tchem. Nawet, gdy kreślą obraz świata zniszczonego przez „Solidarność” i oddanego powtórnie na pastwę wilkom. Majerski wychował się na Śląsku, w rodzinie polsko-niemiecko-górnośląskiej. Trudno się więc dziwić, że wreszcie wziął się za bary z trudną tematyką śląską. Na Górnym Śląsku wciąż jeszcze żyją obok siebie Niemcy, Polacy – autochtoni i przybysze, oraz Ślązacy, specyficzna grupa pograniczna, która nie zawsze potrafi i nie zawsze chce się określić. To staje po stronie polskiej do powstania, to stawia opór powojennej polonizacji i odbudowuje niemiecką część swojej tożsamości. Nie jest to grupa liczna, w sensie proporcjonalnym, ale na pewno o niej słychać. Stawia bowiem żądania uznania śląskiej narodowości i autonomii Śląska, nawiązujące do stanowiska Górnego Śląska w Polsce międzywojennej. W ruchu autonomii działają Ślązacy z krwi i kości, ale i powojenni przybysze polscy, którzy sami mają, jak wszyscy mieszkańcy nowych polskich Ziem Zachodnich i Północnych, problemy z tożsamością. W tym przeżywającym kryzys świecie dochodzi zarazem do zagęszczenia problemów. Pojawiają się nowe pytania o drogę, którą zmierzać. Znamy to wcześniej z Zagłębia Ruhry i może jeszcze lepiej ze Szkocji i Walii. Walijczycy potraktowali zamykanie kopalń przez Margaret Thatcher jako bezpośrednie uderzenie. Pozwoliło to im odbudować prawie zapomnianą tożsamość. W najnowszych dwóch filmach – „Oberschlesien, kołacz na droga” z 2010 roku oraz „Oberschlesien, hier wo wir uns begegnen” z 2013 roku – Majerski przedstawia to środowisko. W pierwszym oddaje mu głos. . Obraz drugi zaskakuje nową u Majerskiego artystyczną formą, jak również tym, że reżyser próbuje stawiać mocne pytania o losy Górnego Śląska zaraz po wojnie i współcześnie. Pytania kierują się raczej do młodego pokolenia, trzeciego pokolenia na polskich Ziemiach Zachodnich. Michał Majerski nigdy nie lubił tematów łatwych, jednak opowiadał o ludzkich losach z ukrycia, po prostu je zapisywał. Tak właśnie, zapisywał świat i jego głosy. Teraz atakuje, próbuje całkiem świadomie i bezpośrednio interweniować w nasze losy. Żąda przełamania milczenia o historii i wierzy, że tą drogą poprowadzi nas do szczęścia – świata uporządkowanego i przewidywalnego. Film jest autorską odpowiedzią na traumę zapomnienia, jaka toczy powojenną Europę, szczególnie naszą jej część. Ale wpisuje się też w nową wielką falę odpominania historii, widoczną tymczasem również w naszej części Europy. Z jednymi obrazami i wypowiedziami się zgodzimy, inne nas odrzucą. Jak w życiu… W każdym razie nie tylko mieszkańcy Górnego Śląska, „krainy nierozładowanego napięcia” (Dziennik Zachodni), oglądać będą ten film w napięciu. (Jan M. Piskorski) Krytyki filmowehttp://www.mmsilesia.pl/10149/2 010/4/24/ – premiera filmu-oberschlesien–kolocz-na-droga-wypelnila-kino-po-brzegi category=news 2010 „Oberschlesien – kołocz na droga” to najnowszy film dokumentalny Michała Majerskiego. Premiera dokumentu opowiadającego o górnośląskiej tożsamości, poszukiwaniach granic tego, co śląskie i wszystkich odcieniach współczesnego bycia Górnoślązakiem, odbyła się w Zabrzu. Reakcja widzów tuż po premierze, najlepiej świadczy o tym, czy film warto obejrzeć. Jak mówią widzowie filmu dokumentalnego o górnośląskiej tożsamości, pokazuje on rzeczywistą sytuację w tym I tak właśnie w zamyśle reżysera Michala Majerskiego miało być. Jak przyznaje, dokument powstał między innymi dlatego, że sam swojej tożsamości nieustannie szuka. Ale też po to, by w ten sposób przybliżyć Górny Śląsk tym, którzy o jego współczesnym obliczu wiedzą zbyt mało. – Jest mało takich filmów, które nawiązują do dnia dzisiejszego. Co się dzieje tutaj, dlaczego akurat protestują, są różnego rodzaju protesty w obronie języka czy w obronie śląskości. Ja takich filmów w Niemczech nie widziałem – stwierdza. To właśnie głównie do niemieckiej publiczności ma trafić dokument. Ta śląska, przyjęła go bardzo ciepło, choć nie do wszystkich przesłanie filmu przemówiło w stu procentach. – Śląsk został ukazany jako region brudny, opuszczony, zaniedbany, a poza tym brakowało mi tutaj tradycji – ocenia Jolanta Franek. Ale to nie o tradycję tu chodzi – tłumaczy Rafał Bartek z Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. – Możemy dużo mówić o współpracy między narodami, między państwami, ale ciągle mało mówimy o regionie, o jego korzeniach. A to jest właśnie film o korzeniach, o tym jak ludzie czują, o tym, jak na co dzień obchodzą się z tym, co gdzieś w ich sercu w głębi siedzi. I co, jak tutaj w tym filmie często pada, czego czasami nie są w stanie do końca określić. To na prawdę trudne – nawet dla tych, którzy sami w filmie wzięli udział. – Jak ktoś mówi po niemiecku, nie znaczy, że jest Niemcem. Tak samo jak ktoś mówi po polsku, nie znaczy, że jest Polokiem. I tu było właśnie ode mnie takie pokozanie, kim my dzisiaj jesteśmy – wyjaśnia Peter Langer. A że reżyserowi udało się pokazać współczesny Górny Śląsk z wielu perspektyw, większość publiczności wątpliwości nie miała. – Autor dopuszcza do głosu Górnoślązaków ducha niemieckiego, Górnoślązaków ducha polskiego oraz tych tak zwanych „Ślązaków”. Z mojego punktu widzenia to jest zawsze warunek tego, żeby takie dzieło było wiarygodne – uważa Dawid Smolorz. W filmie dokumentalnym to właśnie prawda liczy się najbardziej. Dlatego dla tych, którzy ze Śląskiem są związani zaskoczeniem nie będzie – mówi Jerzy Gorzelik z Autonomii Śląska. – Mogą dostrzec tam siebie, losy swoich bliskich. Natomiast dla odbiorców, czy to w Niemczech, czy w Polsce, zapewne te pogmatwane górnośląskie losy będą jakimś odkryciem. Które być może pozwoli tym, dla których Śląsk to Śląsk nieznany lub zapomniany, zrozumieć jego trudną historię i skomplikowaną teraźniejszość. „Oberschlesien – kołocz na droga“ Film dokumentalny Michała Majerskiego (Tekst prasowy) Film „Oberschlesien – kołocz na droga“ Michała Majerskiego tworzy trzecia część osobistej trylogii filmowej w której koncentruje się na ludzkich losach i osobistych relacjach pomiędzy Polakami i Niemcami. Nawiazując formalnie i treściowo do swoich poprzednich filmów, podejmuje ponownie pytanie o znaczenie pamięci dla ocalenia swojej małej ojczyzny i własnych korzeni. W poszukiwaniu odpowiedzi Majerski tym razem powraca z Niemiec na miejsca swojego dzieciństwa – na Górny Sląsk. Podobnie jak w poprzednich filmach, w centrum zainteresowania autora staje głębokie emocjonalne zakorzenienie człowieka ze swoim miejscem i traumatyczny wpływ tych powiazań na jego losy. W miejsce opustoszałych i melancholijnych krajobrazów polskiego Pomorza z jego poprzednich filmów, pojawia się w tym filmie mentalny obraz Górnego Slaska. Region Górnego Sląska przez lata był synonimen konflików polsko – niemieckich. Od czasów Plebiscytu w 1921 roku do otwarcia granic państwowych w 2007, polskie i niemieckie interesy zderzały się tu nieustannie. Przesuwające się granice i wieloetniczna tożsamość Slązaków były głównym zarzewiem konfliktów. Jak jest dzisiaj ? Zaczać by trzeba jakie są jego dzisiejsze granice i gdzie leżą te ziemie, ten region o którym się słyszy, że tam umarła Oma, urodził się bracik, a ciotki i ujki musieli wyjechać do rajchu i potracili majątki. Kiedy dzisiaj jedzie się odnowioną autostradą z Niemiec na Slask, to żaden szyld czy znak drogowy nie mówi gdzie Sląsk się zaczyna lub kończy ! Gdzie wobec tego gdzie on leży, a może już go nie ma skoro niemal wszyscy etniczni górnoślązacy wyjechali lub uciekli do Niemiec – albo się spolszczyli ? Jaka kultura wypełniła te luki? Aby tę zagadkę rozwiązać Michał Majerski przyjechał na kilka miesiecy z kamerą na Górny Sląsk. Szukał śladów i ludzi którzy mogliby mu opowiedzieć co się stało po wojnie ze Sląskiem i jego specyficzną wielojęzyczną kulturą, gdzie się ona podziała ? Dlaczego nie spełniły się nadzieje Slązaków na zmiany, na większą niezależność po otwarciu granic z Europą ? Dlaczego panuje tu fobia przed niemiecką kulturą ? Jakie nadzieje na przyszłość mają mieszkańcy Sląska którzy odczuwają z nim emocjonalny związek ? Metodą pracy Michała Majerskiego, reżysera filmów dokumentalnych jest przedewszystkim udanie się z kamerą w drogę. Po drodze rozmawia z przypadkowo poznanymi ludźmi. Intencją reżysera jest oddanie tym ludziom głosu, gdyż ich losy są częścią jego własnej biografii. http://www.polskatimes.pl/tag/michael-majerski.html Meiner Mutter Land / Michal Majerski.Reżyser i producent rozpoczynał drogę filmową w Polsce, by potem zniknąć w Niemczech. Przedtem zdążył ukończyć operatorkę w Łodzi (w 1976 roku), a nawet zdjęcia do jednego czy drugiego fi lmu. Przez lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte pracował głównie w Niemczech, szczególnie dla telewizji. Po przełomie 1989 roku zaczął powracać do Polski, a przez chwilę pracował nawet w telewizji w Szczecinie. Założył firmę Arkonafilm, której nazwa sugeruje oczywiście pomorskie nawiązania. Jednak dzisiaj koncentruje się na Górnym Śląsku, co także nie jest przypadkowe. Bo Majerski urodził się na Dolnym Śląsku (w Polanicy Zdroju w 1948 roku), lecz dorastał nad Kłodnicą i Rawą (w Gliwicach i Katowicach). Jest filmowcem polsko-niemieckiego pogranicza (również rodzinnie), co chyba najlepiej określa źródła jego dzisiejszego filmowania. Dziwne, zaskakujące i niepokojące są jego górnośląskie dokumenty. Niektórym w Polsce mogą wydać się nawet szokujące. Bo te filmy starają się wniknąć w światy, które zdawały się już zaginione, a w każdym razie pomijane przez dziesięciolecia. Te filmy są właściwie zapisem górnośląskiej traumy przeszłości, rejestracją powikłania kulturowego regionu, jego dawnej pograniczności, szczególnie kulturowej, która dzisiaj umiera. Jeśli w pierwszym filmie dokumentalnym Oberschlesien – kołocz na droga z 2010 roku Majerski starał się opowiedzieć o autochtonicznej społeczności zawieszonej między Górnym Śląskiem i Niemcami (stąd ten kołocz na droga), to w drugim dokumencie Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy z 2013 roku skupia się najbardziej na zanikaniu dawnego, polifonicznego Górnego Śląska, który bywa przez jego rozmówców czasem jednak przesadnie idealizowany. Jadę na Górny Śląsk. To ten niewielki skrawek ziemi na mapie Europy – zapisał Majerski w eksplikacji – który teraz należy do Polski. Druga wojna oszczędziła tu domy i kopalnie, ale nie oszczędziła granic ani ludzi. Od kiedy Górny Śląsk stał się politycznie polski, prowadzi się tu akcje odniemczania. Niemiecka i śląska kultura musiały stąd jak najszybciej zniknąć. Ludziom zabrano ich język i dom, który dawał bezpieczeństwo, ciepło, bliskość. Górnoślązacy zaczęli więc emigrować, oniemiali wycofali się w jakiś tajemniczy niebyt. Poczęli znikać. Teraz znikają także domy, fabryki, kopalnie, skonsumowane i niepotrzebne. Jego filmy mają formę rejestracji z podróży, szczególnie pierwszy, zapisów kogoś, kto przyjeżdża i poszukuje prawdy, rozmawia z ludźmi. A Górnoślązacy wreszcie mówią. Opowiadają zwykli ludzie, ale również profesorowie i artyści, jak filolog klasyczny Zbigniew Kadłubek oraz malarz i eseista Henryk Waniek. Dzięki temu filmy Majerskiego są jakimś socjologicznym zapisem stanu dzisiejszej górnośląskiej tożsamości, ale także górnośląskiego doświadczenia. Myślę, że to jest ich zaletą. Nawet jeśli ujmują sprawę najchętniej od strony górnośląsko-niemieckiej, co może oczywiście prowokować do dyskusji i polemiki. W nowym filmie Majerski konfrontuje ponadto autochtonów i przybyszów z kresów wschodnich Rzeczypospolitej, poszukując pewnego pokrewieństwa losu. Zderza rozmaite wypowiedzi. Zwierzenia rozmówców przemawiają emocjonalną prawdą, a w sumie układają się w tożsamościową panoramę dziwnej, nierozpoznanej krainy, która nie jest i nie była nigdy taka, jakby się zdawało z podręczników. Nieraz kamera Majerskiego rejestruje, jak upadają szyby kopalniane i rozmaite urządzenia przemysłowe, jak snują się po nich dymy, a co z nich się wyłania…? Tego kamera nie wie i przekazuje poczucie jakiejś bezradności w tych niemych pląsach tancerzy, wprowadzanych w narrację w formie przerywnika. Dlatego Majerski zwraca się z pytaniami do młodych, którzy – jak sam to określa – mają prawo zadawać własne pytania. I dzisiaj pytają, kierując uwagę ku przyszłości. Widać to w filmie, ale może o ich postrzeganiu Górnego Śląska i jego przyszłości warto byłoby nakręcić kolejny? Zdaje się, że byłoby to ciekawe… JAN F. LEWANDOWSKI. „Kraj Mojej Matki!:

  • „Znakomity dokument“, „Mocny Film” (Glos Szczecinski)
  • „Milczały 60 lat”, „Wzruszajacy dokument“ (Gazeta Chojenska)
  • „Gorzki film dla nich, ale tez i dla nas. Warto obejrzec” (Gazeta Wyborcza)
  • Nagroda za najlepszy niemiecki film dokumentalny w 2005 na Festiwalu Filmowym w Lagowie.
    http://www.filmpolski.pl/rec/index.php/rec/83831