Oberschlesien – tu, gdzie sie spotkalismy

Recenzja filmu „Oberschlesien – tu, gdzie sie spotkalismy”

Michał Majerski należy do najwybitniejszych współczesnych dokumentalistów filmowych szeroko rozumianego pogranicza polsko-niemieckiego. Na poważnie swoją przygodę filmową zaczął od trylogii poświęconej tematyce przesiedleń podczas drugiej wojny światowej. Wpierw przemówiły Niemki, które pozostały na polskim Pomorzu po 1945 roku. Pod koniec wojny miały po około dwadzieścia lat. Potem zabrali głos mężczyźni – Polacy i Niemcy, świadkowie i ofiary przesiedleń. Pod koniec wojny byli jeszcze dziećmi. Ostatni odcinek trylogii, to świadectwo niemieckiego Żyda, któremu udało się przeżyć holocaust. Po latach wraca na stare śmieci, teraz na polskiej już Warmii, i konfrontuje obrazy z przeszłości i współczesności.
Dla mnie zwłaszcza „Kraj mojej matki”, dziś już nie do nakręcenia, gdyż świadkowie odeszli, to film mistrzowski. Kobiety Majerskiego mówią rzeczy straszne i piękne – spectrum sięga od gwałtów do miłości. Wchodzą z nim w rozbrajająco szczerą rozmowę i pewnie dlatego, czego by nie mówiły, słuchamy ich z zapartym tchem. Nawet, gdy kreślą obraz świata zniszczonego przez „Solidarność” i oddanego powtórnie na pastwę wilkom.
Majerski wychował się na Śląsku, w rodzinie polsko-niemiecko-górnośląskiej. Na Górnym Śląsku wciąż jeszcze żyją obok siebie Niemcy, Polacy – autochtoni i przybysze, oraz Ślązacy, grupa pograniczna, która nie zawsze potrafi i chce się określić. Nie jest ona liczna w sensie proporcjonalnym, ale ją słychać, gdyż – w nawiązaniu do stanowiska Górnego Śląska w Polsce międzywojennej – wystąpiła z programem autonomii. W ruchu działają Ślązacy z krwi i kości, Niemcy, ale i powojenni przybysze polscy, którzy sami mają, jak wszyscy mieszkańcy nowych polskich Ziem Zachodnich i Północnych, problemy z tożsamością.
Majerski tematów łatwych nie lubi. Musiał więc wziąć się za bary z tematyką śląską.
W najnowszych dwóch filmach – „Oberschlesien, kołacz na droga” z 2010 roku oraz „Oberschlesien, tu gdzie się spotkaliśmy” z 2013 roku – Majerski przedstawia środowisko autonomistów. W pierwszym oddaje im głos. Obraz drugi to dokumentalno-artystyczna wizja świata, który odchodzi. W tym przeżywającym kryzys świecie dochodzi zarazem do zagęszczenia problemów. Pojawiają się nowe pytania o cel i drogę. Znamy to z Zagłębia Ruhry i może jeszcze lepiej ze Szkocji oraz Walii. Walijczycy potraktowali zamykanie kopalń przez premier Thatcher jako angielską prowokację, co dało rezultat zupełnie nieprzewidziany – odbudowę prawie zapomnianej walijskiej tożsamości.
Michał – Michael Majerski odpowiedzi prostych nie daje. Zapisuje. Tak właśnie, jego filmy to zapis świata i jego głosów. Z jednymi obrazami i wypowiedziami się zgodzimy, inne nas odrzucą. Jak w życiu…
Jan M.Piskorski

Jesteśmy spadkobiercami nienawiści

Monika Kassner rozmawia z Michałem Majerskim, reżyserem filmowym.
Co spowodowało, że zaczął Pan kręcić filmy o Śląsku?
Filmy dokumentalne kręcę od niedawna, od 2005 r. Do tej pory pracowałem dla telewizji niemieckiej i robiłem publicystykę z terenu Polski. Dopiero teraz na emeryturze zacząłem zastanawiać się nad swoją przeszłością,i korzeniami. Wydawało mi się, że poprzez film łatwo uzyskam odpowiedzi na pytania o swoją tożsamość, o miejsce, z którego pochodzę. W domu nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
A skąd Pan pochodzi?
Wychowalem się w Gliwicach w tzw. dzisiaj Trójkącie Bermudzkim. Później przeprowadziliśmy się do Katowic. Górny Śląsk odegrał w moim życiu decydującą rolę, ponieważ właśnie tutaj zaczęło się moje życie. O Śląsku, o mojej rodzinie, nie rozmawiałem z nikim, bo nie odczuwałem takiej potrzeby ani nie wiedziałem, o co pytać. Pochodzę z rodziny mieszanej – ojciec Polak, matka – Ślązaczka o korzeniach niemieckich. W szkole uczyliśmy się po polsku, historii Polski i było oczywiste, że jestem Polakiem i patriotą. Nie mogło być inaczej. To zainteresowanie Śląskiem i pograniczem polsko-niemieckim przyszło później, gdy zrobiłem dwa filmy dokumentakne na Pomorzu. Dzięki nim zrozumialem te matykę śląską.
To znaczy?
Powiedziałem sobie: „Jesteś Ślązakiem, a tematu Śląska do tej pory skrzetnie unikales ”, Czas dojrzal i zrobiłem dwa filmy. Zacząłem się też określać poprzez przestrzeń tego wielokulturowego pogranicza – niemiecko-polsko-śląskiego. Ta praca zaczęła mnie fascynować i wciagac coraz glebiej czego dowodem jest mój ostatni film -„Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy”, który jest inny od reszty, gdyż rozmowy z ludzi o ich przeszłośći zastąpiłem atakowaniem pytaniami. Ponadto wprowadziłem do fabuły także dynamiczne elementy inscenizacji – taniec i muzyke protestu.
. Ja odebrałam ten film jako opowieść o zerwanych więzach międzypokoleniowych i o wspólnocie, która próbuje się odbudować na zgliszczach tego, co pozostało. Czy Pan, tworząc ten dokument, miał podobne odczucia?
Dla mnie ten film jest przede wszystkim atakiem. Mieszkam poza Śląskiem i widzę więcej, dlatego próbuję atakować sytuację braku istnienia kontaktów społecznych. Motto tego obrazu brzmi: jesteśmy spadkobiercami nienawiści, ponieważ tutaj nie ma dialogu. Ludzie przyjezdni nie czuja sie związani z tą ziemią, historia rodzin zu zalozonych to przerwane biografie, i Brak kontaktu także między kolejnymi generacjami. Jesteśmy rozdzieleni nienawiścią czasów powojennych, wzrastaliśmy w niej. Ideologia komunistyczna potrzebowała wrogów – Niemców, Ślązaków i innych. Chcę zaatakować, bo dziś brakuje wspólnej rozmowy i koncepcji na przyszlosc. Poprzez ten film chcę pokazać jak wielka jest potrzeba rozmawiania i chrzescijanskiego wybaczenia. Musimy pozbyć się wzajemnych pretensji i zastanowić się, gdzie żyjemy – na Śląsku, który jako kraina wielu kultur, zawsze był pomostem między Wschodem a Zachodem i dalej tak jest. Jesteśmy wielojęzyczni, wielokulturowi. Różnica między teraz a kiedyś, jest taka, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, dlatego, iż miejsce Niemców zajęli Polacy. Tutaj na Górnym Śląsku od zawsze współistniało kilka kultur i nikomu to nie przeszkadzało.
Czy nie zauważył Pan, że mniejszość niemiecka w województwie śląskim zaczyna powoli wymierać, a jej potomkowie tutaj mieszkający czują się raczej Ślązakami?
Nie jestem pewien, choć w przemysłowej części Górnego Śląska spotkałem ich naprawdę niewielu. Dla mnie Niemiec to ktoś, kto umie się porozumieć w tym języku, identyfikuje się z kulturą niemiecką i tym, co dzieje się w Niemczech. Poza tym jest zainteresowany współczesną kulturą niemiecką, a ona nie ogranicza się tylko do folkloru, piosenek Heino czy telewizji RTL. Nie widzę łączności śląskiej kultury niemieckiej z tą w Niemczech. Z drugiej strony, jeśli nie wystawia się oper niemieckich, nie czyta książek w tym języku, nie ma Instytutu Goethego, jak ta kultura ma się rozwijać i przetrwać? To jest niemożliwe.
Dość ostro zaatakował Pan dyrektora Biblioteki Śląskiej, kiedy mówił o idei sadzenia drzewek twórców kultury uniwersalnej wymieniając Kochanowskiego, Chopina. Wspomniał Pan wtedy o braku artystów rodzimych, których dorobek jest przecież nieodłącznym elementem tej kultury.
Osoby, które poprosiłem do udziału w tym filmie są jedynie reprezentantami jakichś poglądów i środowisk – np. kresowiaków, inteligencji postkomunistycznej itd. Mówiąc o kulturze uniwersalnej, jest dla mnie oczywiste, że Eichendorf i Goethe są jej przedstawicielami. I tę część kultury, także Górnego Śląska, z jakichś względów się tutaj blokuje. Jeśli ktoś jest zainteresowany pokazywaniem kultury uniwersalnej poprzez sadzenie tylko niektórych drzewek, nie jest to żadne uniwersum.
Czego zatem potrzebujemy, żeby usiąść przy stole i poprowadzić dialog bez niepotrzebnych emocji?
Tym właśnie filmem chciałem sprowokować do dyskusji. A o ile wiem, jest to jedyny film od zakończenia wojny, który powstał na ten temat. Rozumiem, że nie każdy może się zgadzać z tezami w nim przestawionymi, ale prowokuje. Jeżeli nie zaczniemy o tym, co nas wszystkich spotkało, rozmawiać bez emocji, nie ustaną kłótnie ani wzajemna szarpanina. A któż chciałby inwestować w takiej chorej, ztraumatyzowanej przestrzeni? Nikt nie będzie zostawiać tu swoich pieniędzy. Chorej przestrzeni każdy będzie unikał.
Ślązacy chcą rozmowy. Ale wmawia się nam, że nasze krzywdy są mniej ważne od krzywd Polaków albo że tych krzywd wcale nie było. Taka postawa rodzi frustrację.
Ja to widzę inaczej. Obie strony mają swoją tragedię – mniejszą czy większą. I na tym sprawa się kończy. Kresowiacy też przeszli traumę. Także wyrzucono ich ze swoich domów, wysiadali tutaj i nikt ich nie pytał, czy im się to podoba czy nie. Potem jednych stawiano i szczuto przeciw drugim. To jest konsekwencja długiego okresu powojennego, którego wypadkową jest strach. Strach, który pojawił się przy okazji realizacji, ale także i projekcji tego filmu. Ludzie się dalej boją.
Właśnie. Czy tutaj na Górnym Śląsku gdzieś jeszcze oprócz Chorzowa był emitowany ten film?
Tylko raz, w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu przy okazji uroczystości związanej ze śmiercią pani Rity Dubas (jednej z bohaterek filmu, przyp. red.). Jedyna w pełni przygotowana projekcja tego filmu miała miejsce w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, za co organizatorom serdecznie dziękuję. Jestem jednak dobrej myśli, ponieważ moich filmów nie da się juz zepchnąć na margines, bowiem pokazuję tematy niezwykle istotne dla górnośląskiej przestrzeni. „Oberschlesien – kołocz na droga” obejrzało około 150 tys. ludzi. Zaś „Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy” zdobył prestiżową nagrodę Unii Europejskiej . Jest to mój osobisty sukces, ponieważ mały, śląski, offowy film zostawił w tyle duże produkcje europejskie.
Czym kierowało się jury, przyznając Pańskiej produkcji główną nagrodę?
Sam byłem ciekaw. Film zrodził żywe dyskusje, ponieważ nie był oczywisty, poza tym żaden z członków jury nie miał wcześniej do czynienia z tym tematem. Po długich konsultacjach historycznych postanowiono go wyróżnić glowna nagroda , ponieważ dotyka nowych kwestii, przed których rozwiązaniem w Europie stajemy. Chodzi o zalew przez imigrantów z Afryki i krajów arabskich państw starego kontynentu, brak chęci dostosowania imigrantów się do nowej rzeczywistości i w rezultacie zepchnięcia kultur europejskich na boczny tor. Film ten pokazuje, że należy bronić starych rodzimych kultur, a także wskazuje, w jaki sposób to robić. My tutaj na Śląsku możemy być prekursorami w tym temacie na skalę europejską, ponieważ nikt do tej pory tych kwestii nie poruszył wprost. Wszyscy unikają tego tematu jak ognia, żeby nie być posądzonym o rewizjonizm czy niepoprawność polityczną. Mówienie o sprawach starych kultur europejskich jest zasadna właśnie tutaj, ponieważ po wojnie nie udało się władzom wszystkich stąd wyrzucić. Poza tym kresowiacy już nie są repatriantami. Zaczęto o nich mówić, co oczywiście jest całkowicie uzasadnione, także jako o wypędzonych. Dlatego ci Ślązacy i kresowiacy kłują w oczy, bo okazało się, że Górny Śląsk nie jest terenem homogenicznym i dla wielu jest to za twardy orzech do zgryzienia.
Wracając do filmu. Czy oprócz Chorzowa uda się go na Górnym Śląsku jeszcze zobaczyć?
Z tego, co mi wiadomo „Silesia Film” ma go pokazywać.
Dziękuję za rozmowę i życzę, aby „Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy” zobaczyło tyle samo widzów, a może nawet więcej niż „Oberschlesien – kołocz na droga”.

Dla „Jaskółki Sląskiej” rozmawiała Monika Kassner