Moje tematy

http://www.polskatimes.pl/tag/michael-majerski.html?cookie=1 http://www.euromediaawards.eu/oberschlesien/ http://www.booklooker.de/Filme/Majerski+Oberschlesien-hier-wo-wir-uns-begegnen-Oberschlesien-tu-gdzie-sie-spotkalismy/id/A000yGKH11ZZZ http://berlin.polnischekultur.de/index.php?navi=013&id=482http://www.yumpu.com/de/document/view/13092761/ziemie-utracone-deutsch-polnische-gesellschaft.

Michał Majerski – forma i tematyka filmów dokumentalnych.  
Jego pełnometrażowe filmy dokumentalne są motywowane autobiograficznie i podejmują tematykę konsekwencji drugiej wojny światowej dla byłych i aktualnych mieszkanców ziem przyłączonych po wojnie do Polski. Filmy te w formie „oral history” przedstawiają sytuację ludności  po drugiej wojnie światowej na terenach, które w propagandzie komunistycznej były nazywane „Ziemiami Odzyskanymi”. Rzeczywistość na tych  ziemiach pokazana jest  jako konsekwencja przesiedleń i wymiany ludności. Bohaterowie jego filmów to Niemcy i Polacy, którzy na zasadzie konfrontacji opowiadają o swoich losach po zakończeniu wojny, historiach do tej pory przemilczanych, czy z różnych powodów ukrywanych. Budowanie środkami filmowymi takich fikcyjnych rozmów z ludźmi dzisiaj, po latach,  jest próbą podjęcia “dialogu strachu” pomiędzy sąsiadami i próbą porozumienia. Począwszy od filmu z 2005  „Kraj mojej matki”  do filmu „Oberschlesien-kołocz na droga” z 2010,  jego środki wyrazu orientują się na metodzie jakie stosował w swoich filmach Claude Lanzmann. Nie ocenia bohaterów swoich filmów tylko dokladnie pyta i obserwuje.  Skupia się głównie na twarzach i odrzuca użycie dodatkowych materiałów dokumentalnych. Ostatni jego film „Oberschlesien – tu, gdzie się spotkaliśmy” z 2013 zmienia  formę która staje się agresywna, ale adekwatna do poruszonego tematu polonizacji Górnego Sląska po wojnie i odradzania się nacjonalizmów. Filmy Majerskiego uważane są za wybitne, ale ze względu na omijaną tematykę, także trudne.


KOMENTARZ po spotkaniu autorskim w Wolinie:
Niedawno mieszkańcy Wolina mieli okazję zobaczyć film dokumentalny o sobie: „Dom mojego ojca”, film o jego mieszkańcach w pierwszych latach zaraz po wojnie, dla Pomorza przełomowego czasu w którym wymieniono całą jego ludność. Do tej pory jego młodzi mieszkańcy niewiele mieli okazji dowiedzieć się co się tu stało, kiedy ich dziadkowie wysiadali tu z pociągów ze wschodnich rubieży Europy. Byłem ciekaw ich reakcji na film, w końcu jest to generacja która wyrosła już przy otwartych granicach, bez straszenia Niemcami. Byłem ciekawy czy pytali swoich dziadków o korzenie swoich rodzin, o to co widzieli kiedy tu przyjechali, jakie były ich pierwsze słowa, w jakim języku się porozumiewali, jak wyglądały ich domy tam na wschodzie? Miejscowi Niemcy,ludzie do których ta ziemia należała, nie od razu zostali stąd wypędzeni, musieli najpierw wpuścić przybyszów za próg, podzielić się z nimi równo po połowie wszystkim co mieli, mieszkaniem, piecem kuchennym, chlebem i mlekiem. Dzisiaj żyją tu ludzie którzy chętnie określają się jako jedna polska rodzina. Ale kiedy im się z bliska przyjrzymy, okaże się, że jest ona jednak bardzo niejednorodna: fascynujące mogą być odkrycia, że każda rodzina w Wolinie ma inna historie, że jeden ma korzenie w Wilnie, a drugi na Białorusi, a trzeci jeszcze w Stanisławowie, a czwarty musiał tu zostać bo go nie wyrzucono do Niemiec, a piąty był miejscowym Żydem. Został po nim tylko ten wiatrak na obrzeżach miasta. Dzisiaj to już ruina, więc po co o tym mówić ? Czy ta wolińska rodzina mówi jednym wspólnym językiem ? Na projekcji młodych ludzi jednak nie było. Ani jednego. Dlaczego? 70 lat które upłynęły od tych powojennych czasów to dla nich epoka przedlodowcowa, ale przecież jest ona ciągle bardzo obecna w polskiej rzeczywistości. Z pamięcią, z akceptacją i pielęgnacją niewygodnego dziedzictwa na tych ziemiach, nazywanych w propagandzie komunistycznej „Ziemiami Odzyskanymi” są ciągle kłopoty, wiec po co utrudniać sobie życie. Najbezpieczniejszym wyjściem, aby uniknąć niewygodnych pytań jest milczenie, wiec milczymy. Jeśli temat „skąd przyszedłem i dokąd idę” jest w domu za trudny i unikany, to powinno się podjąć go gdzie indziej, gdyż milczenie unicestwia już w zarodku postęp cywilizacyjny. Rozmowy o wychowaniu w Regionie powinny odbywać się w pierwszym rzędzie w szkołach. Ale jak maja one wyglądać, jeżeli miejscowi nauczyciele sami nie bardzo wiedzą w czym jest problem. Przedmiot „Wychowanie w Regionie”, to są nadal archaiczne lekcje patriotycznego wychowania jako dyktat modelu polocentrycznego. A przecież niesie on w sobie zaprogramowane konflikty. Najnowsza historia miasta i jego ludzi jest jak ten legendarny skarb, właśnie w Wolinie; podobnie jak Wineta leży on z pewnością ukryty bardzo blisko, tuż pod powierzchnią i czeka tylko na swoje odkrycie.

Śląska wojna i pokój, czyli pamięć jako opór materii

Kiedy myślę o dzisiejszej sytuacji na „Polskich Terenach Odzyskanych” po wojnie to przychodzi mi od razu do głowy stary, dobry film Bergmana „Milczenie”,historia o tym co się dzieje kiedy nie tylko my milczymy, ale i Bóg. To historia o ludziach którzy nie potrafią się między sobą porozumieć, są niezdolni znaleść radość życia i w końcusą zdani na samotność. Przeszłość nie umarła, a nawet nie przeminęła. Rozwiedliśmy się z nią i udajemy obcych. (William Faulkner). Siedzę przy dużym poniemieckim biurku które pewnie od zawsze stało przy tym oknie. Widać z niego park zdrojowy i nowo odrestaurowaną wieżę kościoła w charakterystycznym dla Dolnego Sląska baroku. Biurko należalo do mojej cioci, którą chętnie odwiedzałem przez całe moje dzieciństwo. Od czasu jej śmierci jej mieszkanie stoi prawie puste, zostały tylko stare meble których nikt nie chce bo zajmują dużo miejsca. Przyjechała tu zaraz po wojnie z nakazu pracy. W mieszkaniach mogła wtedy wybierać, bo na stacji wysadzili tylko jeden transport wypędzonych Polaków z Kresów wschodnich. Dostała przydział na mieszkanie w którym mieszkali jeszcze Niemcy. Jeszcze krótko mieszkała w osobnym pokoju z jego właścicielami, niemieckim lekarzem i jego rodziną. Potem kiedy wyjechali, wprowadziły się tam jeszcze dwie młode dziewczyny ze wschodu, ale szybko znalazły sobie meżów i też wyjechaly. Nikt nie czuł się w tym mieszkaniu dobrze oprócz mnie. Po lekarzu zostało mnóstwo instrumentów lekarskich, ksiażek i różnych przedmiotów których funkcji nikt nie znał. Bawiłem się nimi jeszcze przez wiele lat. Dla cioci nie przedstawiało to wszystko większej wartości, pochodziła z chłopskiej rodziny i powoli wszystko wysprzedawała. Potem dojechali moi przyszli rodzice, ale wtedy mieszkania stały już puste i szabrowane. Miała być to zdobycz wojenna i jeszcze w obecności ich mieszkańców odkręcało się w nich wszystko co miało jakąś wartość. Robili to ludzie, w którzy jeszcze kilka miesiecy temu byli na froncie w ogniu wojny, w których głowach ciągle jeszcze były obrazy ognia, cierpienia i wygnań. Próbuję uporządkować swoje myśli bo dopiero teraz zacząłem sobie zadawać pytania: jak się to stało, że urodziłem się tutaj tak daleko od domu matki, w obcym miejscu. Do tej pory nigdy się nad tym nie zastanawiałem skąd się tu wzięły te dla dziecka fascynujace przedmioty zapełniające szafy i biurko, którego nikt tak naprawdę przez te lata nie otwierał. Teraz zaczynam się nad tym zastanawiać i odczuwam pewną dwoistość, śląską schizofrenię. A żebym nie miał wątpliwości gdzie jestem, codziennie za oknem z wieży polanickiego kościoła słyszę dźwięk hejnału „Maryjo Królowo Polski”. Jestem na polskim Sląsku, ziemi nie tak dawno przyłączonej do Polski. Urodziłem się tutaj już po wojnie, więc jest to moja ojczyzna. Uczono mnie też w szkole, że należę do generacji zwyciezców, którzy te ziemie dostali w nagrodę za pokonanie niemieckich nazistów. A więc nie mam żadnych watpliwości gdzie należę. To już trzecia generacja która wyrasta na tej ziemi, w poniemieckich domach, ale nie widać żeby te podarowane domy i gospodarstwa pokochała. Zwycięzca zachowuje sie na na ogół suwerennie, jak zwycięzca i wie co zrobić ze zdobyczą. Ale te ziemie to był prezent aliantów, niechciany prezent. I stąd uciekłem mimo, że nikt mnie oficjalnie ze Śląska nie wypędzał, ale jednak czuję się wygnańcem. Nie ja jeden. Uciekło czy wyjechało stąd setki tysięcy Ślązaków i nie wszyscy tylko dlatego, że gdzie indziej była obietnica lepszego życia. Z tego powstałego dystansu rodziła się we mnie przez te lata bliskość do tego biurka. W międzyczasie odkryłem w nim jeszcze kilka pudełek z kolorowymi przeźroczami zdjęć dawnych właścicieli. I tak z czasem zacząłem się z nimi identyfikować i zrozumiałem że to tu mam korzenie. Ale jak to jest z tym powrotem pod swoje niebo, do swojej rodziny ? Jak inni wygnańcy widzę, że należę już do innej wspólnoty, ludzi którzy postanowili żyć bez iluzji na powrót do domu. I wszedłem w zaklęty krag Brunhildy i Morgany w Val sans Retour.
Jesteśmy spadkobiercami wojny, spadkobiercami nienawiści.
Kiedy patrzę na Górny Sląsk z wygodnego dystansu jakie daje mi to stare biurko przy oknie, widzę kompletne zniszczenie wspólnoty jej starej wspólnoty i tej nowej która nie powstaje. Z miejscowymi Slązakami którzy byli wielojęzyczni z dziada pradziada, zderzyło się po wojnie setki tysięcy wygnańców z polskiego wschodu, którzy w kuferkach przynieśli tu swoją kulturę. Od tej chwili zwycięzcy i przegrani musieli zamieszkać obok siebie, próg w próg. W ten sposób przyniesiona przez wojnę nienawiść przeniosła się tu z jej nowymi mieszkańcami i stała się cześcią nowej kultury.
Tu, gdzie od wieków panowała wspólnota kultur, tolerancja stała się słowem obcym, a milczenie o wspólnej historii polityczną poprawnoscią. Przyczyną jest oczywiscie ta straszna wojna wywołana przez nazistów i komunistów w całej Europie, ale może powinniśmy wreszcie mniej zacząć mówić o diagnozach, tylko jak się z tych powojennych traum wyleczyć ? Jak wyjść z tego postkomunistycznego inferno ?
Przejęte wzorce w rodzinach dotkniętych wojną i wzorce formowane metodycznie w komunie, żyją sobie dzisiaj w najlepsze. Jakby mogło być inaczej. Dzieci jak dzieci, są otwarte, ale kiedy dorastają, obejmują otrzymane w rodzinie i szkole wychowanie i poglądy na otoczenie. Kiedy dzisiaj okazuje sie że przegranym niemieckim agresorom powodzi się materialnie lepiej, to zwycięstwo staje pod znakiem zapytania i powoduje niechciane efekty uboczne. Zaczynają się one od wybujałego kompleksu mniejszości. Ten z kolei powoduje silny zwrot w kierunku nacjonalizmu, radykalnego klerykalizmu, gloryfikacji różnych powstań narodowych, zresztą wszystkich przegranych i w końcu do machania szabelką w kierunku zwyciężonego niemieckiego sąsiada. Na Rosję już nie starcza odwagi, a innych sąsiadów nie bierze się poważnie. To jest taki typowy syndrom zwycięzcy, jest niebezpieczny bo spowodowany utratą poczucia rzeczywistości.
Myślę, że z takiego miejsca powinno się szybko uciec przez wyjście awaryjne. Najpierw żeby nie zginąć, ale później już daleko od domu, dojrzewa świadomość przynależności do miejsca, do rodziny – i zaczyna ona ciążyć, myśli się o powrocie, wraca się do starego domu przynajmniej mentalnie, o ile rodzina nie jest toksyczna.
Dobra rodzina to miejsce do którego się chętnie wraca, w której jest miejsce dla każdego, niezależnie czy jest on nazistą, komunistą, politykiem, alkoholikiem, bankrutem, starcem, kotem czy psem.
Dobra śląska rodzina ?
Dopiero teraz, kiedy wymarła już niemal cała generacja ludzi bezpośrednio dotkniętych wojną, naukowcy zainteresowali się, dlaczego w tych rodzinach powtarza się tyle podobnych problemów: ciągłe przeprowadzki, agresje, nieokreślony strach, niepewność jutra, poczucie winy, uczucie bezdomności, depresje. Dotychczasowe badania twierdzą, że pomimo że należymy już do powojennej generacji, to wojna dalej tkwi w nas głęboko, nasza podświadomość wygląda dalej jak krajobraz po bitwie.
Wnukowie wojny
Dopiero dzisiaj nowa generacja zaczyna przełamywać milczenie swoich rodziców i dziadków. Pytania o rodzinne korzenie, skąd pochodzę i dokąd idę stały się wreszcie czymś naturalnym. Odpominanie jak fala przetacza siędzisiaj po Europie Wschodniej. Generacja do której należymy składa się z dwóch części: jedna jest uformowana dniem dzisiejszym, ale jest jeszcze ta część druga, z okresu naszej młodości kiedy żyli nasi dziadkowie – zarażeni wojną, przesiedlani i wyrzucani z kąta w kąt. Od nich i naszych rodziców przejęliśmy nieświadomie ich cierpienia, winy i losy. Zarażeni wojną, nienawiścią, traumą, często osieroceni, z przerwaną ciagłością losu, szybko zakładali po wojnie nowe rodziny. Tyle lat wojny trzeba było szybko nadrobić. I my właśnie z takich związków pochodzimy. Weszliśmy nieświadomie w ich losy i w ich milczenie o przeszłości. Podobnie milczą też wypędzeni w Niemczech i na Ukrainie.
Dlaczego ? po pierwsze nikt ich nie chce słuchać, albo zadziałał mechanizm obronny i ich pamieć zagrzebała się tak głęboko, że nie zdają sobie chyba sprawy że coś jest na rzeczy. Czy byli tylko ofiarami, czy też może sprawcami ? A może jednym i drugim ?
Milczenie stało się oporem materii. W szkole, w Gliwicach a potem w Ligocie, w mojej klasie koledzy mieli z pewnością ojców którzy byli w Wehrmachcie, w armii Andersa, Sybiraków, komunistów, ubeków, konfidentów i przesladowców. Nie mogło być inaczej. Jedni ofiary w czasie wojny, a inni już kilka dni po wojnie stawali się często katami.
Wykrzykiwanie, że się jest tylko ofiarą to jest tylko część prawdy. Zrozumiałem w końcu, że nic nie jest czarne i białe. Stało się to dla mnie wyraźne, kiedy moi sąsiedzi z ulicy, wypędzeni z Kresów wschodnich dowiedzieli się, że znam język niemiecki. Czasem zaczepiali mnie, żeby mi pokazać jakieś dokumenty czy listy po zmarłych rodzicach. Pytali o co w nich chodzi. Kłamałem, żeby im nie robić przykrości bo wśród nich były też odrażające dokumenty: donosy ich ojców do władz, albo prośba o przydzielenie warsztatu czy mieszkania po jeszcze nie wyrzuconym żydzie.
Niewygodne rzeczy chętnie się zapomina bo luki w pamięci pozwalają beztrosko przeżyć dzień codzienny. Wojna, czyli historia najbliższych została odłożona do akt, wsadzona do skrzyni i zaniesiona do piwnicy gdzie pokryta kurzem leży do dzisiaj. Poszukiwanie naszej własnej historii dopiero się zaczęło. Żeby sobie uświadomić w jaki sposób zostaliśmy uformowani, musimy zapytać o nią najpierw naszych ojców. To jest pytanie kluczowe dla naszej generacji.
Pamiętam, że mój ojciec, Polak, o sobie i swoich wojennych losach nic nie mówił, a matka Slązaczka szeptała tylko z moja babcią coś o tych „przeklętych Polokach”. A ja długo nie miałem pojęcia, że na Śląsku jest jakiś problem: bo mnie to nie interesowało, ojciec nie widział problemu, a w szkole na lekcjach uczyliśmy się wierszyków po rosyjsku albo o małym Polaku. Ale przecież to było zupełnie oczywiste, że nauczyciele jak misjonarze nawracali niemieckie i śląskie dzieci na tą polskość. Mówili, że teraz jest tu Polska i jest tu teraz większość Polaków.
Pozostał jednak pewien problem: te miejsca w dalszym ciągu nie do końca mają polskie korzenie i nie wszystkich świadków, nie tak dawnej przeszłości udało się stąd wypędzić. Ta nieplanowana schizofrenia pozostała. Jak więc te tożsamości pogodzić? Najlepiej przemilczeć, tak było do teraz, ale dziś ten problem widać coraz bardziej przez ten dziurawy dywan. Dzieci na Sląsku zaczynają pytać swoich ojców o miejsce gdzie żyją, – a co oni im odpowiadają?
Z niewiedzy nic, opowiadają najwyżej o wołyńskich bagnach, Matce Boskiej Ostrobramskiej i powstaniu warszawskim. Bliższe im są lwowskie cmentarze, ukraińskie stepy niż niepolskie korzenie Śląska. Pamiętam to dobrze z domu. Prawie wszyscy nasi ojcowie pochodzą z obcej i nie śląskiej kultury.
Większość dzieci na Górnym Śląsku ma ojców bez śląskich korzeni.
Podstawa w kształtowaniu świadomości to jest najpierw rodzina. Jak ona dzisiaj wygląda, nie trzeba mówić. Problem jest też w tym, że ludzie żyjący w Europie wschodniej mają swoją socjalizację i korzenie jeszcze w komunistycznej dyktaturze. Rodzina w wychowaniu miała mieć jedynie znaczenie podrzędne, a wychowywać miała Partia. Dziś faktycznie większość dzieci wychowuje się w ogóle bez ojców, bo żeby przeżyć pracują od rana do nocy, i na głębokie rozmowy ze swoimi dziećmi nie mają czasu.
Więc milczą. A przecież to oni odgrywają decydującą rolę w kształtowaniu naszej tożsamości. Ojcowie są wzorcami, ojciec odgrywa rolę przywódcy, z nim trzeba się zetrzeć, przeciw niemu zbuntować żeby móc samemu dojrzeć. Kiedy w rodzinie brakuje ojca, zaczyna się szukać ojców zastępczych: polityków lub księży, nauczyciela, biskupa, polskiego papieża, którzy często obejmują funkcje moralnych wychowawców.
To oni na Sląsku kształtują nasze dzieci, albo ulica czy komputer. Ale nie tylko nasi rodzice na Śląsku są wytworem komunistycznej socjalizacji, są to też nasi nauczyciele. I tu powstaje kolejne pytanie: ilu nauczycieli uczy dziś swoich uczniów krytycznego patrzenia na rzeczywistość, nie przez pryzmat patriotyczno-narodowy?
Ale niby dlaczego oni, absolwenci kierunków humanistycznych wyższych szkół pedagogicznych mieliby mieć szeroką wiedzę i świadomość miejsca w którym żyją, skoro dalej studiuje się zapamiętale na tych samych komunistycznych programach? A nauki o regionie praktycznie nie ma, bo i po co skoro Warszawa jest stolicą Polski.
I tak koło się zamyka. Młoda generacja wyczuwa podskórnie, że ich śląski dom miał inną przeszłość, innych właścicieli, inne korzenie niż jest to napisane w podręcznikach szkolnych. Ale tego Śląska już nie ma.
Nie zapomnę jednak autentycznej ciekawości gimnazjalistów z Bytomia czy Chorzowa. Bez trudu łączyli swoje korzenie z konfliktami i tą absurdalną wojną domową na poglądy, która toczy się na Śląsku, od siedemdzisięciu albo i więcej lat. Nie wiadomo po co i dlaczego. Ludzie dalej budują swój nieskalany wizerunek Polaka w kontekście negatywnego spojrzenia na sąsiadów.
Oczekiwania w Polsce są dzisiaj takie, żeby nawet młodych Niemców wytykać jako zbrodniarzy.
O co się ta wojna na Śląsku toczy ? ta wojna narcyza z jego lustrzanym odbiciem.
Ale jest jeszcze coś w co wierzę. Jest to nieobliczalność historii. Teraz, po wielu latach zupełnie niespodziewanie otworzyła się granica na Europe zachodnią i nagle ci młodzi ludzie jeżdżą po świecie i porównują. Nagle zaczęli pytać: skąd pochodzę , gdzie należę ? co się tutaj po wojnie stało ? A my dorośli powojennej generacji, pytamy razem z nimi.
Moje lekcje historii zaczęły się dopiero niedawno, kiedy zacząłem odkrywać, że jeszcze wśród nas żyją ludzie mądrzy, którzy potrafili znaleźć sposób na obejście komunistycznej propagandy. Od kiedy zaczałem z nimi rozmawiać , nie mogę skończyć. Zakurzona skrzynia w mojej piwnicy została otwarta. Dla wielu innych stanie się ona pewnie puszką Pandorry, gdyż ujawni niesłychane dramaty ludzi ktorzy tu mieszkali i mieszkają. Dramaty te powinny nas połączyć, ale tak nie jest.
Jak się to dzieje, że ci którzy tu teraz żyja, są sobie obcy. Resztki śląskich Niemców, Żydów ukrywają swoją tożsamość pomiędzy wypędzonymi ze wschodu Europy. W tych wszystkich życiorysach wyryte są głębokie ślady tych naszych miejsc, ukryte traumatyczne historie, które do dzisiaj nie są opłakane i czekają na pożegnane, terapię, uzdrowienie. A nas dalej łączy tylko milczenie i przerwane życiorysy.
Komuniści wyrzucali czy przesiedlali po wojnie miliony ludzi, zapytajmy tych co przeżyli, czy chcieli się dobrowolnie przeprowadzić do Bytomia lub na syberyjskie kopalnie czy gdzieś do Westfalii. Niedawno oglądałem nagrane opowieści ukraińskich kobiet które po wojnie zostały wyrzucone ze swoich domów w Polsce na Ukrainę, czy opowieści wyrzuconych przez Polaków kobiet niemieckich. Tego się nie da opisać co one przeszły. Czy dzieci takich nieszczęśliwych matek mogą być dzisiaj szczęśliwe ? Wspólnota została zniszczona. Teraz znikają także domy, fabryki, kopalnie, skonsumowane i niepotrzebne. Czy na takim gruncie w ciągu tych wielu dziesiątkow lat które upłynely od momentu kiedy z transportów na śląskich dworcach kolejowych wysiadały tysiące ludzi ukształtowała się wreszcie nowa wspólnota ? Widzimy, że siedemdziesiąt lat to jeszcze za mało. Kto się dziś zastanawia nad tym, dlaczego ta sztucznie stworzona śląska społeczność, albo jej brak, do dziś nie funkcjonuje ? To kłamstwo i przesada mowią Polacy znający Górny Sląsk jedynie z telewizji. Przesada, mówią Niemcy którzy o wojnie i wschodzie Europy nie chcą nic więcej słyszeć. Wszyscy mówią jednogłośnie: tyle lat po wojnie trzeba wreszcie skończyć z tym gadaniem i nie rozdrapywać zabliźnionych ran. Zabliźnionych ? Wręcz przeciwnie. Pora przerwać milczenie o korzeniach Śląska, przestać wierzyć aroganckim politykom, którzy powtarzają jak mantrę, że tu się nic nie stało w obawie że stracą poparcie wyborców. Mozolnie wracają wygnane z naszej pamięci obrazy naszych własnych rodzin. Pamięć o nich leży pogrzebana na tych miejscach, które kiedyś były cmentarzami a teraz są ruinami i wiatr po nich hula. Cmentarze żydowskie i ewangelickie, zamknięte czekają aż te groby się same rozpadną. Z niemieckich i żydowskich nagrobków porobiono murki i płyty chodnikowe. Nie ma śladu po ludziach którzy kiedyś budowali Śląsk. Tak samo nie ma śladu po naszych bliskich którzy pozostali na zawsze tam, za wschodnią granicą, w kopalniach Syberii ? albo leżą w bezimiennych grobach masowych, zabici przez Rosjan, Niemców czy Polski Urząd Bezpieczeństwa ? Czyż nie mają prawa do godnego pochówku i pamięci? Gdzie są miejsca pamięci naszych sąsiadów, uczciwych ludzi, którzy jeszcze długo po wojnie w tajemniczy sposób znikali ze swoich domów ?
Obojętność, to jest przecież najbardziej brutalna forma agresji. Może weźmy przykład z innej, zachodniej kultury z której zawsze czerpaliśmy. W Niemczech przed wejściem do wielu kamienic można na chodnikach zobaczyć małe, miedziane kostki z wygrawerowanymi nazwiskami ludzi którzy tu kiedyś mieszkali i obozów, gdzie poźniej zginęli. Nazywa się to Stolpersteine czyli kamyki o które się można potknać. Antygona musi pogrzebać swoich bliskich. Bez tego nie będzie pokoju.
Wraz z wymieraniem generacji zawodowych weteranów o polskość Śląska moglibyśmy się spodziewać powrotu do normalizacji, ale znowu na przeszkodzie staje ta sama komunistyczna ideologia strachu i milczenia, ciągle kładziona do głowy w domu, szkole i kościele. Chcę wierzyć, że dzieje się to tylko siłą rozpędu. Czy to wszystko nie przypomina to początków faszyzmu, kiedy niszczyło się wszystkie różnorodności, wszystkie kolory życia ?
Jaką więc szansę mają młodzi ludzie aby przezwyciężyć schizofreniczną dwoistość śląskiej rzeczywistości: zbuntować się przeciw swoim ojcom i ich koncepcji na jednorodny Śląsk, uczyć się w szkołach nie zarażonych ideologią nacjonalistyczną, wrocić do kultury protestu, która ma na Śląsku długą tradycję.
Niestety, ale prawda jest najbardziej potrzebna i pilna wtedy, kiedy nie znajduje słuchaczy a znajduje posłuch dopiero wtedy, kiedy jest już za poźno.
To jest farsa, komedia naszego śląskiego życia.
Takie są moje, już bardzo spóźnione pytania o mój dom. Dopiero dzisiaj, kiedy już dziadkowie pomarli i zostaliśmy sami.
Kto mi teraz odpowie na moje pytania kiedy ciągle żyjemy w milczeniu ? Milczenie trwa, jak długo jeszcze ?
I już Szekspir trafnie powiedział: „Ból, utajony i w ciszy zamknięty, w sercu kołacze tak długo, dopóki nie pęknie”.
Michał Majerski, Berlin, w maju 2013.
“Odra” Nr.1/2014